Szalony rok "Makiego". Intensywne 12 miesięcy zakończone debiutem w kadrze

Maciej Makuszewski foto: Newspix (pulsstock: 5acb3e45)
3f892392-889a-414d-87d0-a60fe1d38616 0

Od ślubu, przez ciążę żony, wykupienie przez Lecha, po debiut w kadrze - to było intensywne 12 miesięcy Macieja Makuszewskiego.

  • Maciej Makuszewski w meczu przeciwko Danii zadebiutował w reprezentacji Polski
  • Piłkarz dokonał tej sztuki w wieku 28 lat
  • Zawodnik przyznał, że wpływ na rozwój jego kariery w tak późnym wieku miały sprawy rodzinne: ślub oraz zbliżające się narodziny dziecka

Makuszewscy przez dłuższy czas żyli na walizkach. Dlatego bardzo liczyli na to, że wreszcie po częstych zmianach miejsca zamieszkania na dłużej zakotwiczą w jednym miejscu, chcieli w końcu stabilizacji. Poznań wydawał się wręcz idealny, zwłaszcza że po rocznym wypożyczeniu Lech był zdecydowany na transfer definitywny, ale nie za taką kwotę jak wcześniej ustalono - pół miliona euro. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku, dopóki nie zmroziła informacja przekazana przez prezesa Lechii Adama Mandziarę, że ustalenia między klubami są nieaktualne. Maciej zdenerwował się, chwycił telefon i wybrał numer szefa gdańskiej ekipy. Usłyszał: „Możesz być spokojny, wszystko będzie dobrze”. Odetchnął z ulgą i uspokoił się, bo to była kolejna dobra informacja w ostatnim czasie.

Od wakacji z Portugalii...

Ostatecznie stanęło na tym, że Kolejorz zapłacił 300 tysięcy euro za wykupienie 28-latka. Stało się jasne, że Oliwia i Maciej wreszcie na dłużej zamieszkają w jednym miejscu. Koniec z wypożyczeniami. A jeszcze nieco ponad rok temu nie mógł być pewny swojej przyszłości. Właśnie wracał z Portugalii, gdzie spędził kilka miesięcy w Vitorii Setubal. To były jednak bardziej wakacje niż poważna gra w piłkę. Klub w tym czasie miał „wykręcił” niesamowitą serię 14 meczów bez zwycięstwa, ale w ekstraklasie utrzymał się.

Potem zdecydował się na przejście do Lecha, w którym wyraźnie odżył. Choć nie miał wtedy jeszcze aż takiego wpływu na drużynę jak teraz. Nie był też tak dobrze oceniany, co nie podobało się głównie jego ojcu - Andrzejowi. Potrafił dzwonić do redakcji z pretensjami, że syn dostaje zbyt niskie noty. - Faktycznie, tata się mocno tym przejmuje i uważa, że jestem oceniany niesprawiedliwie - uśmiecha się „Maki”. - Ja? Nie zwracam w ogóle na to uwagi - dodaje.

Zawsze jednak szczerze ocenia swoją grę. Dlatego w połowie poprzednich rozgrywek nie ukrywał, że choć czuje się całkiem nieźle, to brakuje mu trochę liczb, czyli goli i asyst. Kiedy nastąpił przełom? - Pod koniec poprzedniego sezonu poczułem, że coś się zmieniło w mojej grze. Przede wszystkim fizycznie wyglądałem bardzo dobrze, do tego doszło jeszcze pozytywne nastawienie. Byłem tak naładowany, że nie mogłem się wprost doczekać kolejnych spotkań - opowiada. Rozgrywki 2016/17 skończył z 4 golami i 10 asystami. Teraz tylko do końca sierpnia ma 2 bramki oraz 5 asyst. - To jeszcze nie jest moja życiowa forma - zaznacza jednak z przekonaniem. Dodaje również, że dopiero wchodzi w taki wiek, kiedy pewne rzeczy na boisku lepiej rozumie i zaczyna wykonywać niemal automatycznie. W jego grze widać więcej dojrzałości. Rzadko zdarza mu się „podpalać”, częściej niż kiedyś przed podaniem czy strzałem podnosi głowę i ocenia sytuację. Wszystko po to, żeby wybrać jak najlepsze rozwiązanie.

...do reprezentacji Polski

Kiedy jednak jest pytany o to, co zmieniło się w ostatnim czasie, że wskoczył na poziom reprezentacyjny, wplata w to również życie prywatne. - Kilka rzeczy. Rok temu wziąłem ślub, a teraz spodziewamy się z Oliwią dziecka. Przyjdzie na świat pod koniec stycznia, zostanę ojcem, co bardzo wpłynęło na moją psychikę. Osiągnąłem życiową stabilizację. Zarówno prywatną, jak i sportową, bo Lech wykupił mnie latem z Lechii Gdańsk. Nie martwię się już za bardzo o swoją przyszłość. Nie myślę, że za chwilę będę musiał wracać z wypożyczenia, czy że może będę musiał iść na kolejne. Mam spokojną głowę, a to przekłada się również na to, jak zawodnik prezentuje się na boisku - opowiadał niedawno w wywiadzie udzielonym laczynaspilka.pl po powołaniu do reprezentacji.

O nominacji wiedział przed oficjalnymi powołaniami. Selekcjoner Adam Nawałka rozmawiał bowiem z trenerem Nenadem Bjelicą a także z samym skrzydłowym. Dał mu wyraźny sygnał, że może szykować się na wyjazd na zgrupowanie. Nie jechał z wielkimi nadziejami na występ. „Jeśli uda się zaliczyć kilka minut, to będzie świetnie” - myślał. Tymczasem pierwszy występ zaliczył już przy pierwszej nadarzającej się okazji.

„Dycha” nie ciążyła

Wszedł w 66. minucie spotkania z Danią (0:4) w Kopenhadze. Nie był to jednak debiut marzeń. Nie tylko ze względu na wynik, ale także dyskusję jaka przetoczyła się w internecie i dotyczyła go bezpośrednio. A dotyczyła numeru, z jakim biegał. Dostał bowiem „dziesiątkę” i zdaniem części dziennikarzy oraz kibiców na nią nie zasłużył. Mało kto jednak wie, że przecież sam nie dokonał wyboru.

- Nie było z nami Grzegorza Krychowiaka, który na stałe nosi dziesiątkę, więc po prostu ja ją dostałem od trenera. Wiadomo, nie nazywam się Leo Messi czy też Diego Maradona, ale „dycha” mi nie ciążyła - tłumaczy lechita, który w poniedziałek z Kazachstanem (3:0) wyszedł w podstawowym składzie i zaliczył asystę przy golu Arkadiusza Milika. Co ciekawe, piłkę zgrał głową, choć nie ma wybitnych warunków fizycznych. Popisał się jednak w szesnastce sprytem i wiedział, jak najlepiej ustawić. Raz jeszcze wyszło doświadczenie, którego z każdym kolejnym występem ma coraz więcej. Udowodnił też, że nigdy nie jest za późno na wskoczenie do ekipy biało-czerwonych.

Polecamy także:
Ekstraklasa.org
Onet logo
© 2018 Onet Holding sp. z o.o.